|
Blog > Komentarze do wpisu
W strone oceanu i nieskonczona droga.
Ambassador Classic.
To pierwsze i ostatnie co widzisz, gdy odwiedzasz Kalkute. To ostatnie chyba miasto w polnocnych Indiach, ktore ksztaltem i wygladem miasto przypomina, bo zeby przejsc sie ulicami nie musisz uwazac na placki i smieci rozmaitej masci. Jest czysto - oczywiscie na indyjska miare, a zolte ambassadory classic stanowia 89 procent transportu ulicznego. Taksowka taka jest wielka, miejsca w srodku jak w Woldze a i cena w stosunku do odleglosci nie jest rozbojem. W miescie cieszy takze metro, ktore smiga wdzluz jednego z kanalow Gangesu i wlasciwie w wiekszosc ciekawych miejsc rozlokowanych wokol Maiden Park Cie dowiezie. I tak zwiedzilismy predko wielki gmach Victoria memorial (pamiatka po Brytyjczykach), dom zgromadzenia siostr misjonarek pod wezwaniem Matki Teresy, gdzie obecnosc chrzescijan po kilku dlugich hinduskich, muzulmanskich i buddyjskich tygodniach wydala nam sie bardzo ciepla i bliska. Niestety takze siostry misjonarki nie pozwolily zrobic nam ze soba zdjec, a w zamian za to podarowaly nam jedynie pamiatkowe medaliki i obrazki z podobizna Matki Teresy. W Kalkucie takze tansze jest piwo marki Kingfischer, wiec oczywista, po dolaczeniu do grupy Mironiuka Marcina i jego fantastycznych znajomych (Wielkie pozdro zwlaszcza dla Kamela i Woja! :)) musialo dojsc do grubszej 'sprawy' na korytarzach hotelu Diplomat przy turystycznej Sudder Street - polecamy. W impreze owa wmieszalo sie takze dwoch napotkanych Polakow, podrozujacych po Azji od blisko dwoch lat, a calosc skonczyla sie nie wiadomo kiedy i nie wiadomo jak bardzo. Dnia ktoregos z kolei przyszlo nam do glowy odwiedzic tajemniczo brzmiace Science City na poludniu miasta, gdzie mozna bylo wywinac barana z beki, na skutek cofniecia sie w czasie do wczesnych lat osiemdziesiatych, kiedy komputery raczkowaly, a tu nadal tworza atrakcje w wielkim parku rozrywki, w ktorym na przyklad mozna obejrzec film 3D z epoki kamienia lupanego. Po kilku burzliwych dniach mieszaniny kultur indyjskiej z bengalska i kolonialna, zolty Ambassador Classic podrzucil nas znow na dworzec, z ktorego udalismy sie nad Ocean Indyjski. Do Puri. To rybacka miescina na wschodnim wybrzezu. Plaze niestety nie naleza tam do grona najciekawszych w swiecie. Rybacy maja przykry zwyczaj obesrywania (inaczej tego nazwac nie moge) jej terenu tuz po wschodzie slonca, zaraz przed wyplynieciem na polow i caly ten ich podly sztynks chcac nie chcac...(no raczej nie chcac) porywa morze. Czesc kupy zostaje jednak w piachu na stale i w wysokim upale wytrzymac sie nie da dluzej niz kwadrans. Zeby warto bylo korzystac z oceanicznej kapieli w tej czesci kraju, nalezy udac sie (najlepiej motorbikiem) za miasto (na polnoc czy poludnie) jakies 5 - 10 kilometrow, moze 15, zeby z dala od bengalskiej ludnosci rybackiej skorzystac z czystej plazy i bez stresu rzucic sie w cieple, gwaltowne, wysokie i cholernie slone fale. W poblizu Puri mozna tez zobaczyc Swiatynie Slonca, posluchac o Kamasutrze, kupic wyroby artystyczne z nia zwiazane, albo zjesc za 6 zlotych potezny posilek u rybaka w chacie, zlozony z wielkich makreli, krolewskich krewetek, sporych krabow i dodatkow. W tym wypadku w tak zroznicowanej grupie jaka nasza trzynastka stanowila, podobny obiad wygladal jak skecz. Nie kazdy potrafil sobie poradzic z potrawa i na przyklad Pedro zjadal jak leci kraby i krewetki nie usuwajac wczesniej pancerzy :) Po kilku slonych kapielach, wielu piwach i najbardziej zawiklanym rozwiazaniu rachunku hotelowego musielismy znow wsiasc w pociag i wrocic do Delhi. A to nie lada wyzwanie, gdyz trasa taka to dwa tysiace kilometrow i 37 godzin karkolomnej i nuzacej jazdy. (Sprzedawca herbaty minal nasz przedzial jakies 700 razy) Tak wiec zegnamy sie z Wami lekko zmeczeni (jak to po wakacjach), bardzo bylo nam milo, zescie tutaj drodzy czytelnicy zagladali, polecamy sie na przyszlosc i pedzimy powoli na Indira Gandhi Airport. Jeszcze tylko kilka odpraw, Bliski Wschod, Londyn i powinnismy plus minus jutro w nocy spac juz we wlasnych lozkach. O przygodach po drodze pewnie jeszcze opowiem. Chyba ze nie bedzie mi sie chcialo, albo zapomne ;) Goro. czwartek, 15 października 2009, skng-ug
|
Lech Drób |
Pozdrawiam, Ewe.