Tutaj członkowie Studenckiego Koła Naukowego Geografów Uniwersytetu Gdańskiego zamieszczają bieżące relacje i zdjęcia z wypraw
Kategorie: Wszystkie | Nepal, Indie 2009 | Przygotowania | W drodze!
RSS
czwartek, 15 października 2009
W strone oceanu i nieskonczona droga.
Ambassador Classic.
To pierwsze i ostatnie co widzisz, gdy odwiedzasz Kalkute. To ostatnie chyba miasto w polnocnych Indiach, ktore ksztaltem i wygladem miasto przypomina, bo zeby przejsc sie ulicami nie musisz uwazac na placki i smieci rozmaitej masci. Jest czysto - oczywiscie na indyjska miare, a zolte ambassadory classic stanowia 89 procent transportu ulicznego. Taksowka taka jest wielka, miejsca w srodku jak w Woldze a i cena w stosunku do odleglosci nie jest rozbojem.
W miescie cieszy takze metro, ktore smiga wdzluz jednego z kanalow Gangesu i wlasciwie w wiekszosc ciekawych miejsc rozlokowanych wokol Maiden Park Cie dowiezie.
I tak zwiedzilismy predko wielki gmach Victoria memorial (pamiatka po Brytyjczykach), dom zgromadzenia siostr misjonarek pod wezwaniem Matki Teresy, gdzie obecnosc chrzescijan po kilku dlugich hinduskich, muzulmanskich i buddyjskich tygodniach wydala nam sie bardzo ciepla i bliska.
Niestety takze siostry misjonarki nie pozwolily zrobic nam ze soba zdjec, a w zamian za to podarowaly nam jedynie pamiatkowe medaliki i obrazki z podobizna Matki Teresy.

W Kalkucie takze tansze jest piwo marki Kingfischer, wiec oczywista, po dolaczeniu do grupy Mironiuka Marcina i jego fantastycznych znajomych (Wielkie pozdro zwlaszcza dla Kamela i Woja! :)) musialo dojsc do grubszej 'sprawy' na korytarzach hotelu Diplomat przy turystycznej Sudder Street - polecamy.
W impreze owa wmieszalo sie takze dwoch napotkanych Polakow, podrozujacych po Azji od blisko dwoch lat, a calosc skonczyla sie nie wiadomo kiedy i nie wiadomo jak bardzo.
Dnia ktoregos z kolei przyszlo nam do glowy odwiedzic tajemniczo brzmiace Science City na poludniu miasta, gdzie mozna bylo wywinac barana z beki, na skutek cofniecia sie w czasie do wczesnych lat osiemdziesiatych, kiedy komputery raczkowaly, a tu nadal tworza atrakcje w wielkim parku rozrywki, w ktorym na przyklad mozna obejrzec film 3D z epoki kamienia lupanego.

Po kilku burzliwych dniach mieszaniny kultur indyjskiej z bengalska i kolonialna, zolty Ambassador Classic podrzucil nas znow na dworzec, z ktorego udalismy sie nad Ocean Indyjski.

Do Puri. To rybacka miescina na wschodnim wybrzezu. Plaze niestety nie naleza tam do grona najciekawszych w swiecie. Rybacy maja przykry zwyczaj obesrywania (inaczej tego nazwac nie moge) jej terenu tuz po wschodzie slonca, zaraz przed wyplynieciem na polow i caly ten ich podly sztynks chcac nie chcac...(no raczej nie chcac) porywa morze. Czesc kupy zostaje jednak w piachu na stale i w wysokim upale wytrzymac sie nie da dluzej niz kwadrans.
Zeby warto bylo korzystac z oceanicznej kapieli w tej czesci kraju, nalezy udac sie (najlepiej motorbikiem) za miasto (na polnoc czy poludnie) jakies 5 - 10 kilometrow, moze 15, zeby z dala od bengalskiej ludnosci rybackiej skorzystac z czystej plazy i bez stresu rzucic sie w cieple, gwaltowne, wysokie i cholernie slone fale.
W poblizu Puri mozna tez zobaczyc Swiatynie Slonca, posluchac o Kamasutrze, kupic wyroby artystyczne z nia zwiazane, albo zjesc za 6 zlotych potezny posilek u rybaka w chacie, zlozony z wielkich makreli, krolewskich krewetek, sporych krabow i dodatkow.
W tym wypadku w tak zroznicowanej grupie jaka nasza trzynastka stanowila, podobny obiad wygladal jak skecz. Nie kazdy potrafil sobie poradzic z potrawa i na przyklad Pedro zjadal jak leci kraby i krewetki nie usuwajac wczesniej pancerzy :)

Po kilku slonych kapielach, wielu piwach i najbardziej zawiklanym rozwiazaniu rachunku hotelowego musielismy znow wsiasc w pociag i wrocic do Delhi. A to nie lada wyzwanie, gdyz trasa taka to dwa tysiace kilometrow i 37 godzin karkolomnej i nuzacej jazdy. (Sprzedawca herbaty minal nasz przedzial jakies 700 razy)
Tak wiec zegnamy sie z Wami lekko zmeczeni (jak to po wakacjach), bardzo bylo nam milo, zescie tutaj drodzy czytelnicy zagladali, polecamy sie na przyszlosc i pedzimy powoli na Indira Gandhi Airport. Jeszcze tylko kilka odpraw, Bliski Wschod, Londyn i powinnismy plus minus jutro w nocy spac juz we wlasnych lozkach.
O przygodach po drodze pewnie jeszcze opowiem. Chyba ze nie bedzie mi sie chcialo, albo zapomne ;)

Goro.
wtorek, 06 października 2009
Najswietsza rzeka swiata

Duchowny okadza dymem drzwi zmarlej. Wokol klamki i w szczelinach framugi czlonkowie rodziny upychaja kwiaty i kadzidla. Procesja przechodzi tlocznymi ulicami starej dzielnicy miasta niosac cialo owiniete w pomaranczowe sukno.


Wszyscy wznosza modly do Siwy. W swiatyni-krematorium, na polnocnym brzegu Gangesu zwloki pali sie przez 24 godziny na dobe, 365 dni w roku. Swiete, najswietsze miasto Hinduizmu Varanasi. Po spaleniu, czesc ciala trafia do rzeki, czasem tajemniczy pielgrzymi zwani 'baba' zjadaja kawalki zwlok zeby stac sie jeszcze bardziej uduchowieni niz sa (najwyrazniej).


Dym unosi sie nad brzegiem rzeki i nad dachami nabrzeznych swiatyn, guest housow i mieszkan. Istnieja dwie 'spalarnie' - jedna dla kobiet, druga dla mezczyzn, przy czym nie wolno palic zmarlych kobiet w ciazy, dzieci i osob ugryzionych przez kobre.


Ci ostatni zostali "szczesliwie" naznaczeni przez Siwe i zamiast zostac posmiertnie strawieni przez plomienie, laduja w calosci w glebinach Gangesu przywiozani do pnia drzewa. To samo dzieje sie ze wspomnianymi martwymi dziecmi i kobietami w ciazy. Mialem watpliwa przyjemnosc bycia swiadkiem wrzucenia zwlok niemowlaka do wody z burty lodzi i odbylo sie bez zadnych ceregieli, co nas Europejczykow musi szokowac.


W ceremoni pogrzebowej moga brac udzial tylko mezczyzni. Panuje absolutny zakaz fotografowania ceremonii pogrzebowych pod kara grzywny stu dolarow.


Okoliczne dziady oferuja, a raczej upierdliwie wciskaja przejazdzki lodzia po rzece za niewielki pieniadz. Mozesz tez kupic kazdy rodzaj narkotyku, paskudne, poblakle pocztowki od dzieciakow, albo puscic, wianuszek kwiatkow z plomykiem na lisciu dla dobrej karmy.


Krow i bezpanskich psow bez liku. Po dachach ghatow skacza pazerne malpy, kozy wyjadaja odpaki z warzywniakow i knajp.


Momentami masz kompletnie dosyc Indii i Hindusow, ktorzy omineli w dziecinstwie podstawowe lekcje higieny.
Trzeba zmienic nastawienie o tak zwane 180 stopni by odnalezc sie w tym swiecie i go polubic, poczuc odmiennosc kultury (lub jej brak :) ) i wyrobic w sobie ceche gorzkiej ignorancji na uliczne zaczepki. Wtedy da sie tutaj przetrwac i naprawde dobrze bawic. (Byc moze DOBRZE BAWIC to nie jest koniecznie dobre okreslenie)


Do Varanasi przybywaja wierni z calych Indii, miejscowi codziennie o zachodzie slonca, kapia sie w Gangesie, pielgrzymi udzielaja im (i turystom tez) namaszczenia - tak wiec przez kilka kwadransow chodzimy po ghatach z czerwonymi kropami na czolach.


Zapewne Indie nie przejmuja sie donosami CIA Factbook o Gangesie, ze to najbardziej zapaskudzona (a nie tylko najswietsza) rzeka na swiecie, my jednak po kilku dlugich i upalnych dniach spedzonych w tym miejscu nie czujemy niedosytu i z przyjemnoscia udajemy sie nad wschodnie wybrzeze Indii, nad zatoke Bengalska do nie mniej znanej w swiecie Kalkuty. Pozdrowienia dla cierpliwych, ktorzy tu zagladaja.

Goro, fot.Klapencjo.

wtorek, 29 września 2009
MASYW ATAK!


W bardzo duzym skrocie, przynajmniej na razie, poniewaz malo czasu i duzo pieniedzy...

3tygodniowy trekking wokol pieciu Annapurn (I, II, III, IV i Annapurna South), oraz kilku innych waznych szczytow masywu rozpoczelismy 11 wrzesnia.
Nadmienic nalezy, ze kilka dni wczesniej ja i Klapek spotykamy w stolecznym Kathmandu Polara i Sebe :)



Juz na samym poczatku nie obylo sie bez problemow poniewaz choroba ukladu pokarmowego i lekkie odwodnienie uniemozliwily Polarowi czerpanie przyjemnosci z pierwszych dwoch dni spaceru.



Na szczescie tylko zle dobrego poczatki i trzeciego dnia wszyscy juz byli zdrowi i maszerowali dzielnie zdobywajac stopniowo wysokosci.



Zdaje sie, ze juz takze drugiego dnia w miejscowosci wiejskiej Ngadi ukazal sie nam na polnocnym wschodzie szczyt osmiotysiecznika Manaslu. Pogoda caly czas dopisywala i nikomu czerep nie zmokl przez wszystkie 18 dni wspinaczki.



Ceny piwo i jedzenia w miare nabierania wysokosci rowniez rosly wiec oszczednie zyjac i duzo sie meczac pilismy tak zwany LOKAL BEER marki Chhyang za bardzo male pieniadze, ktore w dzialaniu niestety bywalo nieprzewidywalne.



Co sie zdarza na szlaku gorskim, poznalismy kilka ciekawych person z roznych stron swiata, z ktorych najciekawsi byli; dwoch amigos z Hiszpani, cieplo witajacych nas za kazdym razem gdziekolwiek nas nie zobaczyli, nauczycielke angielskiego z Kanady imieniem Chelsea i pare Rumunow o bardzo slowianskich duszach, z ktorymi warto bylo sie napic (no jak nie..)

Sebastianowi udalo sie zdobyc ( w czasie tak zwanej aklimatyzacji wysokogorskiej) najwyzej polozone jezioro na swiecie Tilicho. (jakies 4900mnpm)
Ja osobiscie nie mialem tego dnia pluc zeby wspiac sie tak wysoko.
Kilka dni pozniej cala ekipa nie przynoszac wstydu polskim Himalaistom  zdobyla wysoka przelecz Thorong La (5416mnpm)
Zimno, wieje, glowa boli, oddychasz jak po sprincie na 200 metrow, Seba otwiera piwo marki Tyskie, z ktorym sie tlukl kilka tygodni i wszystko wienczymy pamiatkowym zdjeciem.



Wokol nas znad chmur wystaja osniezone szczyty gangapurny, Annapurny I, Nilgiri Himal i innych.
Po pietnasto minutowej kontemplacji schodzimy w dol.
Niektorzy z nas (ja) cierpia na potworna migrene. Klapek robi zdjecia wielkim i fotogenicznym jakom. Bladzimy kilka godzn w chmurach, skrajnie zmeczeni, zanim docieramy do ziemi obiecanej w polozonym na wysokosci 3800mnpm Muktinath - przy okazji swieta miejscowa byddystow i hindusow gdzie na zblizajace sie swieto Siwy sciagaja masowo pielgrzymi z Indii, Tybetu i Nepalu.



Rano(kiedy jeszcze nie naplywaja monsunowe chmury) z hotelowego tarasu, moglismy dostrzec sniezny wiercholek, imponujaco symetrycznej Dhaulagiri (8167mnpm). Krajobraz zmienia sie na bardziej piaszczysty, miejscami prawie pustynny, a szlak coraz lagodniej prowadzi w dol do wioski Beni, gdzie konczymy marsz (razem jakies 150 kilometrow z buta po gorach).



Teraz jestesmy w Pokarze, bezpieczni i wypoczeci z ekipa znajomych Marcina Mironiuka i czekamy co przyniesie jutro.
Dzis padalo, jesien juz panie.




Goro, fot. Klapencjo.


















sobota, 05 września 2009
Monkey Temple, szmaragdy i Chciwy Turban.

Po drodze krajobraz ulega nieco zmianie. Troche bardziej gorzyscie i wiecej
wielbladow. Zanim dotarlismy do Jaipuru, oczywiscie autobus na srodku odcinka co zrobil? No co?...No jasne, ze sie zepsul.

Poczekalismy w pocie czola na nastepny. A w tym zapomnij juz o miejscu siedzacym, czy chocby
luksusowym stojacym. W miedzyczasie Klapton biedaczysko zatrul sie szklaneczka lassi i przez prawie dwa dni byl nie do zycia. Lassi to pyszny kefir z owocami, jednak strach go pic w przydroznych wioskach w taki upal.
Chciwy turban dorwal nas juz na autobusowym dworcu w Jaipurze. Podrzucil
do hotelu Rajastan Palace za calkiem przystepny pieniadz i sam negocjowal cene noclegu tak, zeby jak najbardziej lwia czesc skapnela dla niego. Ustalal sobie wysokosc napiwkow dla obslugi, i oczywiscie najlepiej znal nasze potrzeby. Pojedziecie autobusem do Varanasi bo jest lepiej, ja wam zabukuje bilet i tak dalej. Gdzie sie da, tam, przycinac bialego.
Klamal tez, iz nie ma mozliwosci jechac tam pociagiem. Probowal nas przez caly pobyt po kawalku odkrajac.
Zalatwil nam rzekomo niezwykle interesujaca wycieczke po okolicach, ktora poza Malpia Swiatynia nie byla nic warta.
Ale prowizje sobie naliczyl, zeby nie bylo, ze tylko wynajety kierowca bierze zaplate.
A Malpia Swiatynia tym sie rozni od innych hinduskich swiatyn, ze okupuje je stado malp, stanowiacych atrakcje.


Mozesz w wiosce, u podnoza wzgorza, na szczycie ktorego wznosi sie swiatynia, kupic orzeszki i karmic koczkodany z reki. Wielka radoche mialy z tego dwie Amerykanskie raszple. Atrakcja jak atrakcja, za to piekny widok i doskonale miejsce na dluzszy
chill out, wsrod skradajacych sie malpiszonow. Wioskowa bieda robi tez uzytek finansowy z innych atrakcji.
Na przyklad wielka rewelacja (tylko ich zdaniem) jest tu szescionoga krowa. Te zbedne konczyny wyrastaja jej z tylnej czesci ciala
i nie siegaja ziemi. Klapek obejrzywszy owy wybryk natury uznal, iz zal zdjecie robic, a dzieciaki go do tego sklanialy, bo przeciez
na takiej fotce mozna zarobic od 5 rupii wzwyz, w zaleznosci od tego jak zamozny czy tez nieoszczedny jest frajer. (turytsa)

Samo miasto Jaipur zatloczone jak kazde wieksze (ze 2 miliony ludzi, w koncu stolica Rajastanu),
rownie trabiace, na szczescie juz tak nie spowite takim smrodem jak Delhi.
Na ulicach kilka rodzajow "zaprzegow". Wozy ciagna konie, krowy, muly, osly, wielblady a od czasu do czasu droge zakorkuje
slon. Jesli jedzac w restauracji obiadek nie baczysz na niebezpieczenstwo
malpa moze zwedzic ci cos z talerza.
Malpy robia duzo figli; najczesciej zakradaja sie do okien by ukrasc cos z domostwa, bardzo wyczuleni musza byc na ich punkcie sprzedawcy owocow.
Kiedy ludzie zauwaza takiego zlodzieja przeganiaja go z parapetu. Jednak krzywdy im nie robia.
Nie wydaje mi sie, zeby na widok malpy ktorys szanujacy sie Hindus krzyknal "DAJ KAMIENIA!".

Ganesha - na szczescie, Lakshmi - zadba o Twoja przyszlosc w bogactwie, Krishna - rozpali w Tobie milosc. Wszystko to stworzyl Wishnu, swiatem kieruje
Bama, a i tak najwazniejszy jest Siwa. To on spaceruje w duszy krow, dlatego nie wolno jej nawet nigdy uderzyc.
Nasza przygoda ze szmaragdami zaczela sie blaho, od drobnej przyslugi.
Otuz jeden ciapaty (ktorego imie celowo i szybko zapomnialem) poprosil nas o napisanie listu po polsku do jego dziewczyny w Warszawie.
Dlaczego nie? Kiedy juz uporalismy sie z tlumaczeniem jego romantycznej grafomanii, nie mogl sie nam nadziekowac i postanowil, ze w mysl dobrego wychowania
zaprosi nas na obiad. Odmawianie nie przynioslo rezultatu i dalismy sie wyciagnac na poczestunek.
Tu okazuje sie, ze chlopak ma firme handlujaca klejnotami po swiecie i wiecie juz pewnie do czego zmierzam.
najpierw oczywiscie gadki szmatki o dziewczynach, o hinduskich bogach, o Nepalu i reszcie pierdolek.
Potem przychodzi szama. Wyborna zupa Dal (troche jak nasza grochowa)
a takze papka masala Gata i Salti paneer wraz z nieodzownym chiapati - ciapkiem przypominajacym polskie pieczywo dla odchudzajacych sie kobiet.
Jemy na podlodze, na gazecie, a chlopak odprawia modly do Siwy i Ganeshy. Po posilku przechodzi coraz bardziej do rzeczy. Najpierw udaje czarnoksieznika i wrozy
nam przyszlosc z jakichs matematycznych sztuczek, potem zadaje coraz wiecej pytan.
I tak wie wszystko: ile mamy lat, jak dlugo zostajemy w Indiach, co studiujemy, z kim sypiamy i dlaczego.
Poniewaz transport klejnotow do Europy wymaga olbrzymiego opodatkowania - handlarze wykorzystuja w tym celu tyrustow, korzystjacych z turystycznej wizy.
Zapewniaja, ze caly proceder jest legalny, bo przeciez celnikowi mozesz powiedziec, ze wieziesz pamiatki dla rodziny i przyjaciol.
Tak - Jakies dwa kilogramy szmaragdow, ametystow i jeszcze jakichs tam piaskow pustyni o czarnorynkowej wartosci kilkunastu, albo kilkudziesieciu tysiecy euro
Klapek i Goro wioza do domu dla rodziny.
Mama uczyla mnie zebym zawsze byl ostrozny :P a sluchanie jej zawsze wychodzilo mi na dobre.
Nie dalismy skusic sie ofertom latwego zarobku i pogonilismy gosciowi kota. (ale grzecznie).
Wspolne piwko ewentualnie wchpodzilo w gre, ale jak sie okazalo, nioe zalezalo mu na niczym innym jak tylko na interesie i w niezbyt przyjacielskich okolicznosciach
rozstalismy sie z nim i jego przybocznym na ulicach Rozowego Miasta (Jaipurskiej starowki).

Wieczorem musze ochlonac. Pije w hotelu whisky marki Grant's (kupilismy na bezclowym w Katarze) z para wyluzowanych Francuzow i nie moge sie nadziwic
wydumanym opowiesciom szalonego Amerykanina z Santa Monica, wizjonera i lekarza w jednym, ktory oprocz tego ze wierzy w kosmiczna energie napedzajaca wiare w ludziach (czy jakos tak...)
to jeszcze twierdzi, ze regularnie rozmawia z Elvisem Presleyem i Michaelem Jacksonem...(tymi co juz nie zyja).


Goro

fot. Klapencjo

(na Varanasi nie wystarczylo czasu...)

Delhi New Delhi.

Delhi New Delhi

Jesli jakas Agnieszka, czy Marta od dziecka marzyly o podrozy do urzekajacych rozmaitoscia kultur Indii, jesli snily o kolorach, zapachach przypraw i kadzidel, to niech maja na uwadze, ze trzeba twardym byc i nieugietym zeby do serca tegoz subkontynentu dotrzec.
Bo pierwszym i ostatnim slowem jakie sie cisnie na usta po przybyciu do stolicy kraju jest "sztynks". Kto byl na wysypisku smieci w Szadolkach, badz w jego bezposrednim poblizu, ten moze sobie wyobrazic co mam na mysli. Tak pachnie Delhi. Nowe czy stare, latwo sie pogubic, poniewaz granica miedzy stara a nowa stolica jest bardzo plynna. A raczej zatarta.

Plyna ulicami te rzeki smieci nagromadzone w ciagu dnia, a niektore wieksze haldy tygodniami przewalaja sie w blocie,
otoczone wianuszkiem much. bardzo szybko odechciewa sie straganowych przysmakow i dziw bierze, ze Hindusom to nie przeszkadza.
spaliny? smrod gnijacych smieci? krowa stawia klocka tuz przy twojej gastronomii? Nie szkodzi.


Ale kiedy juz zapomnimy o tym calym barlogu, o zapachu, blocie i drogach gorszych nierzadko niz lesne otominskie sciezki po srogim deszczu, mozna sie zaglebic, trafic w sedno, choc dla Europejczyka to na pewno nielatwe.
Jednak tradycja przyciaga i czesto szokuje. Obserwujemy rzemioslo, przywolujace na mysl czasy sredniowiecza.
W jednym domostwie ktos uprawia kowalstwo, w innym przeda jedwab na prastarych krosnach, ktos tam gdzies tam wypala garnki, baby
robia ozdoby - nieskonczonosc wzorow i detali. Co jakis czas ulica przetoczy sie krzywy woz posklecany z odpadkow drewna, ciagniety przez
kulawego osla, a za kazdym rogiem czai sie swieta krowa, ktorej wolno wszystko i sfora psow rasy bezpanskiej. A ty, bracie smigaj tymi
bezdrozami tuk tukiem, z glosnika jakis wyjec z Punjabu, z lusterka zwisa wianek dla Siwy i omijaj dziury, krowy, dzieci, starcow, krowy, inne tuk tuki, samochody, riksze, dzieci, starcow, krowy, bezdomne psy, naciagaczy, rowery, motory, muly, powozy,
krowy...

Korek jest bezlitosny, zasad ruchu drogowego zadnych, poza jedna. - TRABIENIE. Trab z byle okazji i bez okazji tez.
Jakos to dziala i daje rade, ale klaksony nie milkna tutaj ani na 5 sekund i nigdy. (naprawde).
Kiedy juz sie tym nacieszysz mozesz spoczac w jednej z licznych herbaciarni, albo golnac sobie sok ze swiezo wyciskanego granata. Limonka - jak kto woli? (tansza zreszta).
Mozesz tez zapalic z policjantem "liscia", czyli birka - Krotki skret z liscia tytoniu i suszony tyton w srodku. - Cena 50 groszy za paczke 20 sztuk.
I jedyne co wkurza na dluzsza mete niz upal i sztynks to naciagacze. Nigdy nie daja spokoju. Dzialaja we wszelkich sferach. Od Sklepu z piwem, przez taksiarzy, do biur sprzedazy biletow.
Trzeba anielskiej cierpliwosci, niezlomnego skapstwa i oslego uporu, zeby sie ani razu na nic nie naciac.
Jednego dnia cena biletu na pociag do Varanasi wynosi 300 Rupii, drugiego juz 1300.
A to niby dlatego, bo wszystko wyprzedane, oczywiste przeciez, ze Hindusi nic innego nie robia, jeno jezdza w te i z powrotem po calym kraju. Kto nam pozniej powiedzial, ze dalismy sie nabrac na prywatna agnecje i Wishnu mi swiadkiem, ze drugi raz sie dam. Pojechalismy wiec autobusem i nie do Varanasi, lecz do Jaipuru.  

 goro

fot.Klapencjo

czwartek, 27 sierpnia 2009
Ruszamy !!
Wszystkie gwiazdy na niebie wskazują na to że już 30 sierpnia o 3:30 wylądujemy w New Delhi w północnych Indiach. Lecimy z Gdańska przez Londyn, katarskimi liniami lotniczymi Quatar airlines. W tym roku SKNG UG w Azji reprezentujemy w składzie:

-Bartkowski Karol

-Gortat Piotr 

-Kwapisiewicz Michał 

-Małyszczyk Sebastian 


do zobaczenia za +/- 50 dni,

a puki co do kolejnego wpisu!


Sponsorzy i Patronaty Medialne:
Dam-Rob

Oliva

Radio Gdańsk

Lech Drób